05 grudnia

"Cóż więc wybrać? Ciężar czy lekkość?". Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery

"Cóż więc wybrać? Ciężar czy lekkość?". <i>Nieznośna lekkość bytu</i> Milana Kundery

 Siostra widzi, co kupiłam w księgarni. 
- Nie czytaj tego. 
- Niby czemu? 
- Zaczęłam kiedyś. Obrzydliwe. 

Po tak znakomitej rekomendacji zabierałam się za Nieznośną lekkość bytu jak pies do jeża. Jeśli mogę być czegoś pewna w swoim zmiennym guście czytelniczym, to niechęci do propagowania czy próby wybielania paskudnych charakterów, zbrodni, zdrad i obrzydliwości. Nie znaczy to równocześnie, że pasjonuję się literaturą dydaktyczną czy tendencyjną i lubię jedynie narracje pełne dobrej, jasnej myśli i szlachetności. Lubię jednak, gdy autor daje mi subtelne znaki, mówi mi: "tu, czytelniku, masz historię paskudnego człowieka. Zrób z nią, co chcesz, ja jej nie oceniam, nie romantyzuję, nie uświęcam, nie tłumaczę. Masz, sam wydaj werdykt". Mam wątpliwości, czy Milan Kundera taki ma stosunek do swoich bohaterów. I czytelników.

Zacznę może od krótkiej charakterystyki Tomasza, głównego bohatera (bądź jednego z głównych bohaterów) powieści. Facet gdzieś po czterdziestce. Realizuje w swoim życiu wizję "erotycznej przyjaźni" - także po ślubie z Teresą, którą niby kocha, ale rani wiecznymi zdradami. Nawet gdy ta wprost pokazuje mu, jak nieszczęśliwą ją to czyni, a w końcu obarcza swoje ciało winą za jego zdrady... Tomasz pozostaje nieugięty. Tłumaczy to "powołaniem", "koniecznością". Obrzydliwy człowiek. Ale nie tak widzi go narrator - wielokrotnie ujawniający się także jako autor powieści:

Postacie z moich powieści są wariantami mnie samego, które nie zostały urzeczywistnione. Dlatego kocham wszystkie tak samo i wszystkie tak samo mnie przerażają: każda z nich przekroczyła jakąś granicę, którą ja tylko obchodziłem dookoła. I właśnie ta przekroczona granica (granica, za którą kończy się moje "ja") mnie pociąga. (...) Powieść nie jest wyznaniem autora, lecz badaniem tego, czym jest ludzkie życie w pułapce, którą stał się świat. [s. 269]

Dziwna jest ta mowa: z jednej strony obrończa, z drugiej oskarżycielska. Obrończa - bo jednak coś go w tych bohaterach (słusznie!) przeraża. Oskarżycielska - bo przyznaje, że to go pociąga, że to jakieś jego wcielenia. Trudno polubić mi autora, który w postaci Tomasza, jego sposobie myślenia i czynach, umieszcza jakąś prawdę o sobie samym. Nie przekonują mnie pokrętne tłumaczenia Tomasza. Neguję jego miłość do Teresy. 

Postawiłam tej powieści własne pytania, nie zważając na refleksje narratora i bohaterów utworu, z którymi na gruncie relacji nie zgadzałam się niemal w stu procentach. Czy zdrada rzeczywiście jest "nieznośną lekkością bytu", a stałość "ciężarem"? Czy da się żyć z czystym sumieniem, patrząc na osobę, która cierpi z naszej winy? Czy dla rzekomej "lekkości" własnej, można skazać drugiego na płacz? A jeśli nawet autor wcale zawartych tu negatywnych postaw nie propaguje - to po co ta książka pełna obrzydliwości? Po co ten fragment, w którym stawia obok siebie Boga i defekację? Po co szarpanie moich nerwów? 

Bohaterowie Nieznośnej lekkości bytu chcą uciec od kiczu, głównie Sabina, która w zdradzie (wszystkiego) widzi sposób na życie. Bawi mnie to, bo wszyscy wpadają w kalki, schematy, banały. Tomasz jest starzejącym się Don Juanem. Sabina niespełnioną, ekscentryczną artystką. Na drugiej szali mamy tych, którzy na kicz się godzą i na granicy świadomości pragną go. Franz - chce gestów, pompy, Wielkiego Marszu. Teresa - idyllicznego życia na wsi z mężem. I właśnie oni w swoich szczerych pragnieniach, w zgodzie na banał, wydają mi się najbardziej ludzcy, niewinni. Choć nadal nie są godni pochwały, to może odrobiny współczucia.

Poza psychologią postaci, historią ich relacji, która głównie mnie frustrowała i zniechęcała, podobało mi się wiele rozważań Kundery o historii i społeczeństwie. Umieszczając fabułę w komunistycznych Czechach, komentuje rzeczywistość, której sam doświadczył. Tutaj przytoczę fragment, który wydał mi się bardzo prawdziwy i ponadczasowy:

ruchy polityczne nie opierają się na racjonalnych zasadach, ale na wyobrażeniach, obrazach, słowach, archetypach, które wspólnie tworzą ten czy inny polityczny kicz. [s. 311]

Nadzieję na sens tej powieści dała mi dopiero końcówka i jedna wypowiedź Tomasza, to jak potoczyły się jego losy. Tylko to subtelne, finalne mrugnięcie do czytelnika pozwala mojemu sercu nie skreślać tej powieści. Tak więc walczą we mnie dwie siły. Z jednej strony emocje i niesmak, które Nieznośnej lekkości bytu nie polubiły i nie potrafią jej polecić. Z drugiej szacunek dla pióra autora i jego refleksji społecznych. Już nie chcę myśleć o tym, co autor "chce nam przekazać" i czy rzeczywiście broni Tomasza, czy nie. Zostawiam te kwestie otwarte, a Nieznośną lekkość bytu odkładam do wiecznego niepowrotu. Może kiedyś masochistycznie sięgnę po kolejną książkę Milana Kundery. 

Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery, tłum. Agnieszka Holland, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.

23 listopada

Wydawnictwa niszowe #3 Samo piękno i klasa

Wydawnictwa niszowe #3 Samo piękno i klasa

Pora na kolejną odsłonę niszowych wydawnictw. W ramach przypomnienia - przez niszowe rozumiem po prostu nieznane tak powszechnie jak działające w Polsce wielkie oficyny wydawnicze (Literackie, Świat Książki, Muza, Foksal itd.) i nie wydające setki pozycji w ciągu roku. Są to często wydawnictwa bardziej specjalistyczne, zrzeszające wokół siebie mniej ludzi, rzadziej wystawiane na półkach w Empiku. W środowiskach literackich wiele z wymienianych przeze mnie wydawnictw jest znana i ceniona, więc niektórym może wydać się dziwne, że o nich wspominam. Robię to dlatego, że sama jeszcze z dwa lata temu (w epoce przed założeniem Instagrama) nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a warto popularyzować pięknie wydaną literaturę! Zapraszam oczywiście do poprzednich dwóch wpisów o niszowych wydawnictwach - tutaj i tu

Wydawnictwo w Podwórku założyliśmy w lutym 2013 roku jako niewielką oficynę, w której samodzielnie podejmujemy wszystkie działania związane z tworzeniem książek. Obecne w nazwie wydawnictwa „podwórko” to dla nas synonim takiej kameralności i działania w skali mikro. Publikujemy teksty autorów polskich i zagranicznych — zarówno debiutantów, jak i uznanych badaczy. Interesuje nas przede wszystkim współczesna humanistyka, w jej obrębie zaś — nowe ujęcia interpretacyjne, nowe metody opisu zjawisk kultury, ciekawe, a niedostatecznie opisane wątki tematyczne. [wpodworku.pl]

Dla mnie w Podwórku to przede wszystkim fenomenalnie wydana seria Frankofania Literaria, w ramach której ukazały się m.in. powieści Anandy Devi (odsyłam do recenzji Zielonego sari). Piękne, pastelowe okładki, fantastyczny skład, rzetelne opracowania... CUDO. W Podwórku to również znakomita eseistyka, choćby Vargasa Llosy. Zachwycają mnie te wydania.

Krakowski LOKATOR jest księgarnią kompletną. (...) Alchemikiem, który to wszystko zgotował Krakowowi jest Pio Kaliński: artysta grafik, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ilustrator oraz założyciel wydawnictwa. Księgarnia na Mostowej działa, za jego sprawą, od 2011 roku, ale Lokator powstał wcześniej jako klubo-księgarnia mieszcząca się przy ul. Krakowskiej 27, gdzie jak mówi Pio „głównie się piło i gadało o książkach”. (...) Poza sprzedawaniem świetnych książek Lokator też (równie świetne) książki wydaje. (...) Każda z tych pozycji jest bardzo troskliwie wydana: wyboru tekstów dokonują prawdziwi pasjonaci literatury, przekłady i redakcję robią najlepsze i najlepsi z najlepszych, za projekt większości okładek odpowiada sam Pio. [rezerwatyksiazek.wordpress.com]
Lokatora poznałam jakoś tak przez przypadek i od razu przepadłam - najpierw w cud miód malina okładkach, później w fantastycznej prozie Elizy Kąckiej (o której pisałam nawet w pracy licencjackiej). W końcu nawet Taborską wydali - kolejną bohaterkę mojej pracy dyplomowej, wspaniałą znawczynię surrealizmu. Moja przygoda z Lokatorem dopiero się zaczyna, zamierzam zapełnić ich książkami co najmniej jedną półkę.

Wydawnictwo słowo/obraz terytoria powstało jesienią 1995 roku. Obszar naszych zainteresowań wyznaczają teksty z dziedziny literatury pięknej, historii literatury, eseistyki, krytyki literackiej, filozofii, sztuki oraz nauk społecznych. Książki wydawnictwa próbują przekraczać tradycyjne podziały, penetrują obszary pośrednie i pograniczne – nie tylko pomiędzy ikonosferą a logosferą, o czym mówi nazwa wydawnictwa, lecz także pomiędzy "czystą" myślą a historią myślenia. Trudne to zadanie, jednak dotychczasowa działalność pokazuje, że istnieje szerokie grono czytelników, którzy pragną dzielić z nami ciekawość myśli. [terytoria.com.pl]
Odważne, interdyscyplinarne, inne, błyskotliwe. słowo/obraz terytoria dla mnie to przede wszystkim wielcy doktorzy humanistyki - Maria Janion, Tadeusz Sławek, Agnieszka Taborska... To książki o kulturze, sztuce, filozofii, literaturze. Starannie wydane, na poziomie. Jeśli szukacie niestandardowej, interdyscyplinarnej literatury, książki słowo/obraz terytoria możecie brać w ciemno.

WYSZUKANE to Wydawnictwo Ezop, jakiego jeszcze nie znacie. Nowy rozdział, nowe pomysły i nowa marka. Bierzemy z Ezopa to, co najlepsze, czyli nasz zapał, chęć wydawania wartościowej, ważnej, interesującej literatury i wypływamy na szersze wody współczesnej prozy dla dorosłych. WYSZUKANE to niesztampowe, wymagające i wyselekcjonowane dzieła prozatorskie z nieoczywistych krajów europejskich, takich jak: Słowenia, Bułgaria, Grecja czy Portugalia. Interesują nas książki o różnych aspektach codzienności, tematach istotnych i ponadczasowych. Wyszukamy wydawnictwa z krajów spoza literackiego mainstreamu i znajdziemy książki wyjątkowe, oryginalne, WYSZUKANE specjalne dla Was! [ezop.com.pl]
Wyszukane do wydawnictwo stosunkowo nowe, które ma na koncie dosłownie kilka pozycji. Jednak już robią wrażenie ciekawą szatą graficzną, porządną, twardą oprawą, lecz przede wszystkim doborem tekstów - z mniej znanych literacko krajów Europy. Do tej pory przeczytałam jedynie Średni współczynnik szczęścia, ale na pewno na tym się nie skończy. 


Które z tych wydawnictw znacie i czytacie? Albo które Was zaciekawiło? Standardowo czekam również na Wasze polecajki wydawnictw (może niekoniecznie niszowych?) wartych uwagi. 

13 maja

Książki, których nie lubię, choć wielu za nimi szaleje. Wiedźmin, Cień wiatru, Twardoch, Małecki, Normalni ludzie

Książki, których nie lubię, choć wielu za nimi szaleje. Wiedźmin, <i>Cień wiatru</i>, Twardoch, Małecki, <i>Normalni ludzie</i>…

Są takie książki, na których widok przewracam oczami, których pozytywne recenzje w necie jakoś tak mnie dziwią. Po prostu. I to pytanie z tyłu głowy, nieco żałosne i egocentryczne: Czemu te książki mają tylu fanów?! Ja wiem, że możecie uznać mnie za snobkę, bo o gustach się nie dyskutuje, a ja tu czyjeś próbuję ośmieszać, ale nie w tym rzecz. Z bólem serca, bo co mam kłamać, przyjmuję do wiadomości, że te straszne, okropne książki się komuś podobają. Muszę pogodzić się z tym przykrym faktem, że nie wszyscy obdarzeni są tak dobrym gustem jak ja. Rozumiem, serio. Zero pogardy. Mówi się trudno, biedni śmiertelnicy. Jestem wybrańcem. Noszę swe brzemię. Cierpię za miliony…

A tak serio, na nikogo z góry nie patrzę, że te książki lubi, bez fochów proszę! Dajcie znać, jakie sami macie zdanie na temat poniższych pozycji, i czy macie takie książki, które - pomimo swej popularności - Wam się nie podobały.



Saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego

Na fali popularności Wiedźmina – gier, serialu, książek – sama postanowiłam wrócić do serii o Geralcie z Rivii. Dawno temu jako dziewczę nastoletnie czytałam Krew elfów i wydawało mi się ok. Teraz odsłuchałam w audiobooku dwa tomy opowiadań Sapkowskiego: Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia, które rozpoczynają sagę. Było to bardzo żenujące przeżycie…

Po pierwsze, styl Sapkowskiego i dziwaczna konstrukcja jego opowiadań. Prawie wszystko odbywa się tu w dialogach w stylu: a pamiętasz, jak byliśmy tu i zrobiliśmy to, po których to słowach następuje barwna opowieść o jakimś wydarzeniu. Mało akcji, dużo gadania. W pierwszym tomie (w zasadzie dość przyjemnym do czytania) jeszcze tak to nie razi, prawdziwy dramat zaczyna się w Mieczu przeznaczenia. Bardzo dużo wzniosłych gadek, moralizowania, powtarzania w nieskończoność tytułu opowiadania (?!!). Jeśli więc opowiadanie nazywa się Wieczny ogień, słowa te padają w tekście średnio dwa razy na stronę… Po co?!

Po drugie, dziwne obsesje Sapkowskiego. Geralt ciągle milczy, a Yennefer pachnie bzem i agrestem, bzem i agrestem, BZEM i AGRESTEM. Wiele jest „popisowych” scen krasomówstwa rodem z gimnazjum. No i odwołania do baśni – z początku zabawne, a potem coraz bardziej oczywiste i żenujące (opowiadaniem o syrence najwyraźniej to pokazuje).

Na koniec gwóźdź do trumny – to, co wzbudzało we mnie szewską pasję, krzyki i kończyło się siniakami na czole. Kobiety. Ja wiem, że wiele osób lubi humor Sapkowskiego, tę rubaszność i traktowanie każdej pojawiającej się w historii kobiety jak dziwki. Mnie to nie pasuje. Niemal każdą niewiastę sprowadza się tu do stereotypów, ciała, seksu i miłości. W tej kolejności. Yennefer – niby wyzwolona, ale jak ją przywiążą, to piszczy jak dziecko z piersią na wierzchu… Essi – miała potencjał, ale w końcu skończyła w łóżku ze starym dziadem, przed którym korzyła się (niby z miłości) po jednym dniu znajomości… Wszystkie pannice traktowane jak przedmioty przez niby zabawnego, a tak naprawdę obrzydliwie seksistowskiego Jaskra (nie cierpię go, irytujący i płytki jak kałuża). Każda kobieta, której najważniejszymi cechami były obfite piersi i okrągły tyłeczek… Liczę jedynie na małą Ciri.

Wiecie co? Serial jest sto razy lepszy. Serial polecam.

Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna

Bardzo rzadko natrafiam na negatywne opinie tej książki i trochę to rozumiem. Historia jest bardzo wciągająca pomimo objętości, ma ciekawy klimat, taki niby mroczny. Wszystko inne jednak w tej powieści jak dla mnie leży i kwiczy.

Fabuła jest niesamowicie przewidywalna i pełna tanich chwytów rodem z telenoweli. Wiecie, ten typ hiperbolizowanej historii, w której niby wątków fantastycznych czy magicznych nie ma, ale za to z kapelusza co chwilę wyskakują zaginieni bracia bliźniacy i amnezje… Nie wiem, czy to jest wada tej książki – raczej nie, sama po prostu nie czuję się przekonana do tego typu udramatyzowanych sensacji. Lubię realistyczne opowieści, lubię też całkiem zwariowane i groteskowe – Cień wiatru jednak próbuje balansować gdzieś na granicy. Tego nie lubię. Zwłaszcza, jak wszystko utrzymane jest w tak poważnym, pełnym grozy (ekhm…) tonie.

Bohaterowie i dialogi są tu jakieś takie miałkie, pozowane, a relacje – bez sensu. Podczas lektury głównie marszczyłam czoło i wzdychałam. Nie wczułam się w klimat. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że za dzieciaka czytałam Pałac północy Zafóna, który wtedy bardzo mi się podobał. Nie wiem, jak byłoby teraz.

Jeśli chcecie przeczytać moją pełną recenzję Cienia wiatru, odsyłam tutaj.

Król Szczepana Twardocha

Ależ ja cierpiałam na tej książce! Nawet jeśli Twardoch pisze sprawnie, składnie i po prostu nieźle, to osobiście jestem wielką antyfanką jego stylu. Już tłumaczę.

Bardzo nie lubię takiej „męskiej” prozy. Piszę „męskiej” w cudzysłowie, bo Król to jak dla mnie historia o patologicznej, toksycznej męskości. Banda osiłków i gburów myśli, że wszystko się im należy i że są jakimiś panami świata. Ich główne zajęcia to: mordobicia, przeklinanie, palenie, robienie scen i uprawianie seksu (ze „swoimi” kobietami czy też prostytutkami). Twardoch próbuje do tej obrzydliwej historii dopisywać jakiś morał, że to opowieść o niesprawiedliwości, Żydach i wojnie. Guzik prawda. Gdyby przeniósł tę fabułę do innego świata, który akurat nie wisi na skraju wojny, Król byłby o niczym.

Nie widzę w tym ani prawdy, ani odkrywczości, ani dosadności. To, że się w książce leją i zabijają, nie znaczy, że książka ta opisuje prawdziwe, okrutne realia i otwiera oczy na brutalną rzeczywistość. Nie brałabym nic z tej książki na poważnie. Można przesadzać cukierkowo, wybielając świat i ludzi – a można robić to, co Twardoch. Przesadzać w drugą stronę.

Kolejny raz muszę się również poskarżyć na postacie kobiece, które funkcjonują u Twardocha tylko w odniesieniu do mężczyzn – jako partnerki, żony i córki. Wszystkie są upadlane i żenująco proszą się o męską atencję. Bez powodu. Ich ideałem jest Szapiro – znienawidzony przeze mnie bohater. Tak, jestem czuła na kwestie kobiece w powieściach. Nie podoba mi się, że Król, książka współczesna, zbiera taki aplauz za przedstawianie i propagowanie tak obrzydliwych bohaterów (a niekoniecznie przedstawianych w złym świetle!) i postaw.

Oczywiście to moja opinia – zresztą bardzo subiektywna, wynikająca z moich predyspozycji czytelniczych i wielkiej, ogromnej niechęci do „męskiego”, a tak naprawdę po prostu brutalizowanego pisania.

Rdza Jakuba Małeckiego

Ta książka wzbudza we mnie najmniej negatywne i burzliwe emocje wśród pozycji w tym wpisie, ale też zdecydowanie nie skradła mojego serca. Z prostego powodu – nie lubię, gdy autor wszelkimi możliwymi środkami próbuje wycisnąć ze mnie łzy.

Oto co dzieje się w Rdzy: wojna, gwałty, samobójstwa, zagłada, wypadki samochodowe, patologiczne rodzicielstwo, depresje, gnębienie, zabijanie małych kotków, choroby, kalectwo, sieroctwo, nieszczęśliwe miłości, przemoc domowa, samotność. Smutek, smutek i jeszcze raz smutek. Naprawdę, nie żartuję – to wszystko ma miejsce w tej dość niegrubej książce.

Wszyscy bohaterowie są niespełnieni i nieszczęśliwi, a ich marzenia i działania kończą się na ogół klęską. Nie ma w ich historiach równowagi, oddechu, otuchy, nic. Pewnie już po samym tym poście zorientowaliście się, że jedną z rzeczy, których w książkach nie lubię najbardziej, jest właśnie takie dramatyzowanie i przedstawianie całego świata jako do szpiku kości złego i beznadziejnego. Tym bardziej, jeśli taka pisanina smutków do niczego nie prowadzi.

Nie mówiąc o tym, jak mieszane mam odczucia do fabuł umieszczonych w czasie II wojny światowej, których autorami są osoby niemające pojęcia o wojnie. Tani chwyt. 

Normalni ludzie Sally Rooney

Żeby nie było, że hejtuję tylko literaturę pisaną przez mężczyzn, na dokładkę dorzucę jeszcze jedną, dość znaną powieść autorstwa kobiety. Na Normalnych ludzi w tamtym roku wybuchł jakiś szał. Przeczytałam i powiem tak – ta książka jest przede wszystkim strasznie nijaka.

Nic tu nie zaiskrzyło. Bohaterowie są niespójni i płascy. Ich relacje nieżyciowe - mówię to wbrew temu. co czytałam w wielu różnych recenzjach. Fabuła nudna. A co najgorsze - o niczym. Autorka zahacza o różne ważne tematy, ale żadnego ani nie analizuje, ani nie zatrzymuje się na nim na dłużej. Relację głównych bohaterów nazwałabym toksyczną, zresztą z większością relacji w tej książce coś jest mocno nie halo. 

Mocno nie rozumiem fenomenu tej powieści. Nie widzę w niej absolutnie nic ciekawego czy wartościowego. Serialu nie widziałam, ale raczej nie będę tego zmieniać. Moją pełną recenzję Normalnych ludzi możecie przeczytać tutaj

02 stycznia

Szalony rok 2020. O czytelniczej metamorfozie i wspaniałych książkach

Szalony rok 2020. O czytelniczej metamorfozie i wspaniałych książkach

Dość już memów się wszyscy naoglądaliśmy o tym, jak dziwny, niespodziewany i tragiczny był ten rok. Już dość rozpraw o tym, jaki wpływ miała izolacja na nasze codzienne funkcjonowanie i tryb życia. Dość już smutnych refleksji o zerwanych relacjach i dodatkowych kilogramach. No. Już dość. Zanim jednak przejdziemy do prób wymazania całego minionego roku z pamięci, warto powspominać dobre rzeczy, które miały miejsce w 2020. W moim przypadku - to były na pewno książki. 

Krótka historia przemiany marzenkowego czytania

W ostatnich latach przechodziłam czytelniczy regres. Od 2013 nie tylko moje wyniki czytelnicze malały, ale też sama lekturowa ochota i przyjemność. Dla osoby na filologii polskiej, zakochanej bądź co bądź w słowie, która wiąże z tym słowem swoją przyszłość - była to oczywista tragedia. Epidemia wywołała reakcję łańcuchową, która wszystko pozmieniała: 

Epidemia > Instagram > Wzmożona aktywność na blogu > Więcej książek > Wydawnictwa niszowe > Proza współczesna > Proza kobieca > Książkowe zakupy > Audiobooki

Takiego zafascynowania literaturą dawno nie przeżyłam. Dzięki ludziom obserwowanym na insta poznawałam coraz więcej książek i wydawnictwa niszowe, wydające piękną, ambitną prozę (poezję też, ale z nią się jeszcze nie zaprzyjaźniłam). Zainteresowałam się aktualnym życiem literackim, najważniejszymi nagrodami. Przede wszystkim jednak wsiąkłam w świat literatury pisanej przez kobiety oraz szeroko rozumianej prozy eksperymentalnej. Odeszłam niemal całkiem od klasycznych czy łatwych do określenia gatunkowo powieści. Nie pociągają mnie już kryminały, fantasy, a młodzieżówki to już całkiem. Polubiłam za to krótkie prozy, opowiadania, małe, dziwne książeczki. 

Kupiłam w tym czasie więcej książek, niż w przeciągu ostatnich siedmiu lat. Siedziałam na Empik Go, a w grudniu przetestowałam też Legimi (aktualnie myślę o abonamencie). Polubiłam słuchać audiobooki w przyspieszeniu. 

Pod wpływem Tokarczuk, Llosy i innych mądrych ludzi mówiących o literaturze zmieniłam swoje podejście do czytania. Na pewno spokorniałam i przestałam patrzeć z wyższością na książki, które uważałam za mniej warte uwagi, bo albo banalne, albo klasyczne, albo zbyt popularne. 

Koniec końców przeczytałam 67 książek. Ostatnio tak dobry wynik miałam w 2014 (wtedy było to 64 książek). Nie jest to nadal wynik szałowy, ale mnie napawa dumą. Czytałam głównie prozę polską, ale pojawiło się też sporo książek niepolskich, ale też nieanglojęzycznych. Czytałam, że tak literacko powiem, cały świat.

Najlepsze książki 2020 

Andrzejewski to moje wielkie odkrycie minionego roku, zresztą właśnie Bramy raju i Ciemności kryją ziemię rozpoczęły mój czytelniczy rok. Mocna proza. Pomimo czasu nadal doskonale pamiętam nie tylko treść obu tych książek, ale też ogromne emocje i wzruszenia, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. Nie wiem, czy o jakichkolwiek innych książkach w tamtym roku myślałam tak intensywnie przez tak długi czas. Spacerując po Katowicach, przygotowując się do egzaminów, jadąc tramwajem - ciągle myślałam o słowach Andrzejewskiego. 

Bramy raju składają się z dwóch zdań. Tak. Tylko dwóch zdań. Drugie brzmi: „I szli całą noc”. To historia krucjaty dziecięcej z 1212 roku, niekończąca się spowiedź, dramatyczne opowieści, wielki smutek, masowe kłamstwo. Według mnie obowiązkowa lektura dla miłośników literatury polskiej. 

Ciemności kryją ziemię nie są już takie innowacyjne, ale również targają serce na milion kawałków. Andrzejewski po raz kolejny pokazuje, czym kończy się ślepa wiara i indoktrynacja, tym razem na przykładzie hiszpańskiej inkwizycji (XV w.) i postaci Wielkiego Inkwizytora Tomasa Torquemady.

Zgiń, kochanie jest dla mnie książką przełomową pod wieloma względami, przyjrzyjmy się im po kolei. Zacznijmy od tego, że była to pierwsza kupiona przeze mnie książka od bardzo dawna (1). Pierwsza przeczytana Pauza (2) i przyczynek do poznawania innych niszowych wydawnictw (3). Dalej - odkrycie innego, nowego dla mnie pisania o kobiecości (4), seksualności (5) i obłędzie (6). To w dużej mierze dzięki Harwicz zainteresowałam się literaturą latynoamerykańską (7) i krótką formą (8), Zgiń, kochanie ma jakieś 140 stron. Gdyby tego było mało, zakochałam się w nieoczywistej, balansującej na granicy realności narracji, a także w najpierw irytującej, a potem wzbudzającej współczucie bohaterce... Odsyłam Was do recenzji, o TU

Po trochu Gogoli czytało mi się z niezwykłą radością i przyjemnością, choć ta z pozoru ciepła i humoru książeczka porusza trudny temat śmierci, oswajając z nią czytelnika. Weronika, główna bohaterka, jest dorastającą dziewczynką ze wsi. Z każdym rozdziałem śmierć staje się bliższa i bardziej namacalna. Na początku jest tylko rykiem zabijanym zwierząt. Potem dotyka sąsiadów, w końcu najbliższych. Perfekcyjna konstrukcja, niezwykłe poczucie szczerości i swojskości. Te trzy tematy - dorastanie, śmierć i swojskość - w przedziwny i równocześnie bardzo naturalny sposób się tu przeplatają. Z serca polecam, wspaniały debiut! 


To chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem. Podobnie jak tysiące osób przede mną zadurzyłam się w Ukochanym równaniu profesora. Była to miłość nagła i natychmiastowa. W sumie to wpadłam już trzymając w rękach to przecudowne wydanie Tajfunów i czytając pierwsze dwa przeurocze zdania: 

Nazywaliśmy go Profesorem, on zaś ochrzcił mojego synka Pierwiastek. To z powodu kształtu głowy chłopca - jej płaski czubek kojarzył się Profesorowi z poziomą kreską po prawej stronie tego znaku. 

Jak to nie jest idealny początek książki, to ja nie wiem, co nim może być. Uwielbiam w tej powieści wszystko - ujmującą prostotę, czułość, dobro, ciepło i cudownych bohaterów. Łzy stają w oczach nie z powodu tanich chwytów i nagromadzenia tragedii, ale z prawdziwego wzruszenia i zachwytu. Odsyłam Was do recenzji

Grobowa cisza, żałobny zgiełk jest zupełnie inna! Ten zbiór opowiadań urzeka czarnym humorem, przewrotnością, świeżością. Trzecioplanowy bohater z jednego opowiadania, jest głównym bohaterem kilkadziesiąt stron dalej. Jedne historia są bardziej realistyczne, drugie nie są takie w ogóle. Nic, tylko się zakochać. Mam zamiar przeczytać wszystkie dostępne w Polsce książki Ogawy.


Gdybym jednak miała wskazać jedną najważniejszą i ulubioną książkę tego roku, byłyby to Opowiadania bizarne Tokarczuk. Nigdy nie czytałam tak różnorodnego, unikatowego i mądrego zbioru opowiadań. Opowieści z XVII w. przeplatają się ze współczesnością, a także fenomenalnymi wizjami przyszłości. Tokarczuk jest autorką, która jak nigdy inny zachwyca mnie swoją wrażliwością, wszechstronnością i wyobraźnią, nawet pomimo różnicy poglądów na niektórych poziomach. 

Czytałam również w tym roku Podróż ludzi Księgi, na razie moją najmniej lubianą książkę Tokarczuk, a także Czułego narratora, który otworzył mi oczy na niektóre literackie zjawiska i pozwolił lepiej poznać twórczość naszej noblistki. Słuchałam też w rumieńcach wywiadu Tokarczuk z Koziołkiem (na temat tej książki) i jest tak doskonały, że musicie go zobaczyć. 

Czekam z niecierpliwością na zapowiadaną przez Tokarczuk jej pierwszą powieść sci-fi (♥♥♥!!!), a do tego czasu planuję zebrać (koniecznie w nowych wydaniach z okładkami Joanny Concejo) i przeczytać wszystkie dzieła Tokarczuk. 

Ananda Devi jest autorką z Mauritiusu piszącą po francusku. Zielone sari jest, że tak kolokwialnie powiem, totalną miazgą. Ta książka zostawiła mnie w strzępach. Jako że to dość świeża lektura (ok, miesiąc z hakiem), nie umiem dalej na trzeźwo o niej mówić. Odsyłam do recenzji. Genialna, nieoczywista powieść, bardzo emocjonalna. Na pewno top 3 najlepszych książek 2020. Po raz kolejny już piszę w tym poście - zamierzam przeczytać wszystkie dostępne po polsku książki tej autorki.

Te cieniutkie dzieła Elizy Kąckiej są absolutnie wyjątkowe! Autorka eksperymentuje z formą, aby jak najlepiej wyrazić swoje refleksje, przeżycia i emocje. Elizje to bajkowe zabawy słowem, w których muszą się odnaleźć księżniczki nieco inne od tych, jakie znamy z filmów Disneya. po drugiej stronie siebie to senna autobiografia, w której Kącka z wielką gracją i pomysłowością opisuje swoje sny, naruszając bezwstydnie zasady gramatyki (a może też przyzwoitości, bo kto to widział, tak ludzi zanudzać opisem swoich nocnych projekcji!). 

To byłoby na tyle. Wkraczam w 2021 rok podekscytowana i spragniona dobrej literatury! Koniecznie podzielcie się swoimi odkryciami i ulubieńcami minionego roku.

12 grudnia

Minirecenzje #4 Październik-listopad. Dużo dobrej literatury. Licencjat i zdalne studia.

Minirecenzje #4 Październik-listopad. Dużo dobrej literatury. Licencjat i zdalne studia.

Totalnie nie jestem jesieniarą. Nie cierpię zimna i temperatury poniżej 15 stopni. To, że drzewka takie ładne i kocyś ojojoj mięciutki, i pomarańczki takie taniutkie, w ogóle do mnie nie przemawia. Jednak w tym roku udała się wyjątkowo piękna i dosyć ciepła jesień, co sprawiło, że nawet cieszyłam się tym czasem. Kilka razy wyskoczyłam w góry, sporo spacerowałam, zaczęłam biegać (!!!) i pokochałam herbatę zimową z imbirem pomarańczą i cytryną. Teraz patrzę - śnieg za oknem. Ślicznie, tylko znowu zacznę marznąć... (Jeśli wiecie, gdzie kupić wełniany, długi, ciepły płaszcz, ew. ładną puchówkę a'la himalaista, w której będę mieć pełen komfort nawet przy -20, to piszcie. Może jakoś przetrwam tę zimę.)

Jak na siebie czytałam w ciągu tych dwóch miesięcy bardzo dużo. I to nie byle czego, bo trafiło się kilka literackich perełek i książki, które na pewno trafią również do podsumowania roku. Wynik październikowy: 8 książek. Listopadowy: 7. Jest radość, nawet jeśli to głównie cieniutkie książki. Nie będę pisać o wszystkich tych pozycjach - tym bardziej, że większość z nich pojawiała się na moim instagramie. 

(Pragnę Wam również wytłumaczyć, dlaczego przy wpisach z podsumowaniami zawsze pojawiają się słodkie zwierzątka - bo są słodkie i poprawiają humor)


Dropie Natalki Suszczyńskiej
Czytane na zajęcia z literatury najnowszej. Bardzo fajny (myślę, że tutaj to dobre słowo), ciekawy debiut. Zbiór opowiadań, w których trochę szwankuje ontologia, bo w końcu nie wiemy, czy labrador Borys Szyc był rzeczywiście psem, człowiekiem czy Tomaszem Kotem. Trudno też powiedzieć, czy tytułowe dropie to naprawdę tak zacni politycy i mówcy. Bohaterowie nie potrafią sobie znaleźć swojego miejsca. Kobieta pracująca w bankomacie pomieszkuje na śmietniku i w psiej budzie, co wcale nikogo nie dziwi. Ktoś inny mieszka w kiosku, co dziwi tylko nielicznych. Artyści tworzą hurtowo, żeby móc mieszkać w artystycznych piwnicach. Mieszkanie z dropiami okazuje się niewypałem, bo ileż można jeść ziarno. Twórcy z YouTube'a mogą robić, co chcą. Polecam Dropie, tchną jakąś twórczą, orzeźwiającą swobodą. 

Marta Elizy Orzeszkowej
Czytane na pozytywizm. Powieść Orzeszkowej omawiamy na ćwiczeniach od początku semestru, co jest dla mnie nowym doświadczeniem tak dogłębnego, wspólnego czytania prozy. Prosta historia okazuje się mieć kilka den i nawiązywać do wielu teorii socjologicznych i filozoficznych, a także do ówczesnej seksuologii. Opowieść jest przykra, bo mówi o kobiecie jako towarze, kobiecie ograniczonej przez społeczne konwenanse. 

po drugiej stronie Elizy Kąckiej 
Czytane do licencjatu. Kącką zachłysnęłam się, czytając w wakacje Elizje. I jakoś tak dziwnie wyszło, że chcąc pisać licencjat o współczesnej eksperymentalnej prozie kobiecej, piszę o po drugiej stronie siebie, Taborskiej i surrealizmie. Książka intrygująca, senna autobiografia, w której nie tak łatwo oddzielić to, co prawdziwe, od tego, co wyśnione. A może w ogóle nie należy czynić takiego rozróżnienia? 


Senny żywot Leonory de la Cruz Agnieszki Taborskiej z kolażami Seleny Kimball 
Czytane do licencjatu. Surrealistyczna biografia świętej, która nigdy nie istniała (czy aby na pewno?) i która swoimi sennymi wizjami inspirowała rzeszę surrealistów. Bardzo polecam! Można szybko i przyjemnie, w praktyce i teorii, zapoznać się z surrealizmem. Na uwagę zasługują też kolaże, które nie tylko ilustrują treść książki, ale raczej jej towarzyszą na równych prawach. 

Zbrodnia i kara Fiodora Dostojewskiego 
Czytane trochę dla siebie, trochę na zajęcia z literatury rosyjskiej. Niby mieliśmy tę książkę jako lekturę w liceum, ale wtedy jej nie przeczytałam. Oczekiwania oczywiście miałam spore, bo to przecież KLASYKA, przecież to geniusz literatury światowej, przecież to DOSTOJEWSKI. No i co? Takie se. Przyjemne, ale żeby od razu arcydzieło? Raskolnikow jest męczący, Sonia głupia, bohaterowie wszyscy jak jeden mąż irytujący. Szanuję, ale mnie nie ruszyło. 

Krótka wymiana ognia Zyty Rudzkiej
Czytane na zajęcia z literatury najnowszej. Wcięło mnie podczas lektury. Mocna, trochę wulgarna, nieoczywista, mięsna. Bohaterka-narratorka jest kobietą w kwiecie wieku, poetką, niczym nie przypomina stereotypowych staruszek. Snuje opowieść o wojnie, rodzinie, o swojej seksualności. Ile w tej historii jest prawdy - nie wiadomo. Może Roma wodzi nas za nos i zmyśla jak najęta? W końcu to pisarka. 

Kometa nad Doliną Muminków Tove Jansson
Czytane trochę na zajęcia z literatury dla dzieci i młodzieży, trochę dla siebie. Jestem totalnie zachwycona! Nie widzę w tym nic upiornego czy dziwnego. To słodka, prawdziwa opowieść, przepięknie ilustrowana, ikoniczna, uwrażliwiająca. Polecam! 


Recenzja Zielonego Sari Anandy Devi jest na blogu, zapraszam! Jedna z najlepszych książek tego roku. 

Lekcje kwitnienia Katarzyny Pochamary-Balcer
Czytane dla siebie. Książka krótka, ciekawa, proza punktów widzenia. Pełna niedopowiedzeń i urwanych wątków historia tworzenia się i rozpadania sekty. Poznajemy sekciarskie techniki "uwodzenia", ludzkie motywacje. Co musi dziać się w życiu człowieka, że dla towarzystwa i akceptacji przytula się nago do drzew i medytuję nad obrazem siebie jako kwitnącej rośliny - najdoskonalszej formy istnienia? 

Inni ludzie Doroty Masłowskiej
Czytane na zajęcia z literatury najnowszej. Czytane po raz drugi. Choć raperski styl narracji i stereotypowe przedstawienie Polaków nie do końca mnie przekonują, jest w tej książce coś nowego, interesującego, a nawet skłaniającego do refleksji. Jak często sama patrzę na innych ludzi i mówię sobie: może moje życie to syf, ale tamci mają gorzej, tamci są jeszcze bardziej żałośni? Krytyka typów ludzkich czy krytyka krytykowania ludzi dla lepszego samopoczucia? Jeśli to drugie, to nawet tę książkę szanuję.

To tyle z października i listopada. Jak widać, w zdecydowanej większości czytałam polską literaturę oraz prozę pisaną przez kobiety. Panowie stanowili jedynie 4/15 moich lektur. Cieszy mnie, że było w tych dwóch miesiącach tyle dobra. 

Za to już niedługo czytelnicze podsumowanie całego roku 2020. 

29 listopada

Co znaczy być mężczyzną w rodzinie pełnej kobiet? Zielone sari Anandy Devi

Co znaczy być mężczyzną w rodzinie pełnej kobiet? <i>Zielone sari</i> Anandy Devi

Opis brzmi banalnie, tendencyjnie. Mąż i ojciec, ale przede wszystkim despota, umiera. Na łożu śmierci jego myśli zatrute są jednym pragnieniem: utrzymać pozycję pana i władcy, zgnębić i poniżyć do końca swoją córkę i dorosłą już wnuczkę. Bóg-Dokter, jak sam siebie nazywa, wspomina swoje życie, umarłą młodo żonę, tłumaczy nam, czym kierowała się jego przemoc, majaczy. To oczywiste, czego spodziewałam się po takim opisie: historii ofiar. Historii bólu, traumy i niegojących się ran. Potępienia patriarchalnego dominatu. Feministycznego manifestu. W końcu - upadku starego porządku i triumfu kobiecości. Myślałam, że taka to będzie książka i obawiałam się przegadania, moralizatorstwa. Niepotrzebnie, bo przez ustanowienie Doktera narratorem powieści dostajemy historię bardzo przewrotną. Już sam początek nie owija w bawełnę:

Nie jestem apostołem grzecznej gadki. Brzydzi mnie hipokryzja tych pięknych i pustych formułek, na które łasa jest nasza epoka. (...) Jeśli myślicie, że wyjdziecie stąd z brzuchem pełnym dobrych uczuć, pomyliliście drzwi. [s. 5]

Dokter jest nie tylko nieznośnym, obrzydliwym bohaterem, przekonanym o swojej wyższości, ale też frustrującym narratorem. Wyprowadzenie czytelników (ale chyba zwłaszcza czytelniczek) z równowagi zdaje się być jego głównym celem. Po mistrzowsku manipuluje uczuciami i słowem. Z początku wydaje się, że w tej całej igraszce z otaczającymi go kobietami, ale także z odbiorcą książki, jest najszczerszą osobą na świecie. Co prawda przy okazji okrutną, ale transparentną. Bez oporów mówi, jaką przyjemnością napawa go władza nad innymi, opowiada z nieskrywaną przyjemnością o urokach przemocy i manipulacji. Nie udaje skruchy: „Dlaczego miałbym przyznać, że jestem potworem, kiedy w istocie jestem tylko mężczyzną?” [s. 90]

Jednak czy na pewno nie mamy do czynienia ze spowiedzią, z rozrachunkiem życia? Czy próba wytłumaczenia się ze swoich czynów, albo raczej próba pokazania nam, że nie było w nich nic złego, nie jest tylko fasadą? Czy gdzieś tam w środku nasz Bóg-Dokter wie, że mimo wszystko jest po prostu żałosny? To byłaby pocieszająca myśl. Nie mogę też nie zdradzić Wam, iż z każdą stroną taka interpretacja staje się coraz bardziej prawdopodobna. Sam mówi: 

I zrozumiałem, że kiedy się wystarczająco mocno wierzy, mogło się to stać prawdą: byłem wszystkim tym, czym widziałem się w zwierciadle innych. Ukułem rzeczywistość swojego kłamstwa, metamorfozę tak gwałtowną i tak kompletną, że nigdy już nie nawiązałem z powrotem kontaktu z tym młodzieńcem, który opłakiwał matkę w brudnym kiblu, całymi dniami błagając ją, by wróciła. [s. 37]

Czyli banał - traumatyczne dzieciństwo i nagle mamy naszemu bohaterowi współczuć? Jest kilka takich momentów, kiedy myślimy podczas lektury: kurczę, może on nie jest taki zły? W końcu to doktor, ratuje ludzi, napracował się w życiu, matkę kochaną, która wszystko dla niego poświeciła, stracił... Sam jednak narrator chyba nie chce naszego współczucia, gdyż po ckliwszych wyznaniach znów napawa się rozkoszą władzy tyrana, wyjawiając całą swoją obrzydliwość i przewrotność myślenia. Bardzo ciekawa postać - niby człowiek światły, wykształcony, a jednak prymitywny despota wciąż trzymający się przestarzałych tradycji patriarchalnych i czerpiący przyjemność z gnębienia najbliższych mu kobiet (to doskonale pokazuje, że przemoc nie zna warstw społecznych, pozycji i poziomu IQ). W tym wszystkim zresztą twierdzi, że je kocha. Gdzie sens, gdzie logika? 

W książce jest bardzo ciekawa scena, w której ustami nie umiejącej się nigdy wysłowić Kitty, czyli córki Doktera, narrator wyrzuca sam sobie ciosy, które jej zadał. Może więc pragnie sądu? To jeden z tych momentów, w których pod warstwą pewnego swojej racji pana i władcy, ujawnia się jeszcze coś. Może nie skrucha, ale chociaż wątpliwość, czy jego życie miało sens: 

Biedny, biedny mężczyzno, mówi. Ojcze? Nie, to miano nigdy do ciebie nie pasowało, tak samo jak miano męża, dziadka czy teścia. Zawsze byłeś tylko mężczyzną i to wszystko. Samcem. Tym, który za swój cel ma tylko siebie. [s. 186]

Pewnie część osób jest znużonych tą recenzją. „Do sedna, do sedna, czemu tyle gada o tym obrzydliwym człowieku! Do sedna, pisz o kobietach! O traumie, tragedii, o tym jak straszne jest życie pod męskim butem!” Tylko że to nie jest do końca historia kobiet, to nie powieść z tezą, a studium postaci - i to mężczyzny. Muszę przyznać, że właśnie dzięki temu, że te 200 stron siedzimy w głowie Doktera, a nie którejś z towarzyszących mu kobiet, dostajemy opowieść wielokrotnie bardziej poruszającą i głęboką. To książka charakterystyczna, wielowymiarowa i oryginalna, umożliwiająca czytanie i interpretację na wielu różnych poziomach. 

Jestem zachwycona tą powieścią. Przewspaniale napisana, konkretna, trafiająca prosto w czułe punkty, przejmująca, ale nie egzaltowana. O wielu ciekawostkach możemy dowiedzieć się również z posłowia tłumacza. Ananda Devi pochodzi z Mauritiusa - wielokulturowego kraju-wyspy, który liczebnością można porównać do województwa śląskiego. Jak podkreśla jednak sama autorka, nie należy utożsamiać rzeczywistości Zielonego sari czy innych jej książek z Mauritiusem, tak samo jak opisywanych historii z jej autobiografią. Kolejna rzecz, która zachwyca mnie u Devi - unikanie autobiografizmu. Nietrudno sobie wyobrazić, jak irytujące musi być ciągłe słuchanie pytań o to, czy ojciec Devi też był despotą (sama mówi, że był wspaniałych, kochającym tatą). Jak gdyby autor musiał przelewać na papier jedynie wydarzenia ze swojego życia. 

Zielone sari zajmuje zaszczytne miejsce wśród najlepszych przeczytanych przeze mnie książek w 2020 r. Powieść zachwyca jednak nie tylko treścią, ale też przepięknym wydaniem wydawnictwa w Podwórku. Na pewno w niedługim czasie zaopatrzę się w pozostałe książki Anandy Devi wydane w Polsce. Was również do tego zachęcam, mistrzowska proza. 

Zielone sari Anandy Devi, tłum. Krzysztof Jarosz, wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2018. 

11 listopada

O literaturze polskiej i lekturach. Dlaczego zachwyca akurat Mickiewicz i Sienkiewicz?

O literaturze polskiej i lekturach. Dlaczego zachwyca akurat Mickiewicz i Sienkiewicz?

Z okazji Narodowego Święta Niepodległości powzdychamy trochę - częściowo w należnym zachwycie, częściowo ze smutkiem - nad literaturą polską, tą dawną i tą nową, oraz nad kanonem lektur szkolnych. Zastanowimy się, czemu na języku polskim omawia się tyle tekstów patriotycznych, od Bogurodzicy poczynając, przez Sienkiewicza idąc, na Kamieniach na szaniec kończąc. Może w końcu dowiemy się, dlaczego Słowacki wielkim poetą był, a Mickiewicz jeszcze większym. A jeśli dopisze nam (mi) szczęście, to nawet odkryjemy, czym jest patriotyzm i dlaczego nie cierpiętnictwem i poświęceniem życia dla idei, a czymś bardziej związanym z kulturą i językiem. 

Na początek szybko przejrzyjmy sobie kanon lektur szkolnych (tych obowiązkowych), żeby zobaczyć, co kształtowało od najmłodszych lat nasze wyobrażenia o polskiej literaturze i patriotyzmie. Oczywiście nie wymieniam wszystkich tekstów (tylko te polskie i niedziecięce). Jak chcecie zobaczyć całość, to wygooglujcie podstawę programową - polecam, fascynująca lektura. 

Klasy IV-VI. Legendy polskie, Mazurek Dąbrowskiego. Pierwsze spotkanie z Sienkiewiczem - W pustyni i w puszczy. Pierwsze spotkanie z Mickiewiczem - część ballad i wierszy oraz fragmenty Pana Tadeusza (sic!). Pieśni i piosenki patriotyczne. Jakiś wiersz Słowackiego, bajki Krasickiego, nowelka Prusa. Wybrane wiersze kilku polskich poetów: Bełza, Gałczyński, Herbert, Kamieńska, Kulmowa, Miłosz, Różewicz, Staff, Tuwim, Twardowski. Z polskiej literatury nowej (poza Kosikiem i innymi utworami dziecięcymi), umówmy się, że po roku 1989: może jakiś nowszy Herbert, Miłosz, Różewicz czy Twardowski. 

Jak oceniam? Totalnie skreśliłabym Sienkiewicza (jest mnóstwo pięknych, świeżych i nowych powieści dla młodzieży, a oni się jeszcze naczytają Henryka) i Pana Tadka, a dodała więcej współczesnych tekstów polskich (zresztą z zagranicznych też bieda). Nie ma w ogóle współcześnie działających pisarzy!!! Plus za te legendy i Mazurek..., bo to każde dziecko znać powinno. 

Klasy VII-VIIIZemsta Fredry, Kochanowskiego tekstów sporo. Kamienie na szaniec. Żona modna Krasickiego, Mickiewicz po raz drugi (dużo dużo Mickiewicza), znowu Sienkiewicz (w tym Quo vadis), Balladyna Słowackiego. Żeromski i Syzyfowe prace. Artysta Mrożka. Melchior Wańkowicz i Ziele na kraterze (???). Wybrane wiersze takich polskich poetów jak Baczyński, Norwid, Leśmian, Marian Hemera, Rymkiewicz, Szymborska, Wierzyński, Lechoń, Jerzy Liebert, fraszki Sztaudyngera i aforyzmy Leca. Literatura polska po 1989: nowszy Barańczak i Rymkiewicz, nowsza Szymborska. 

Bieda straszna. Kolejny raz brakuje polskich twórców piszących TERAZ, urodzonych po II wojnie światowej. Pana Tadka, którego się na tym etapie czyta w całości, przeniosłabym spokojnie na liceum - uczestniczyłam w lekcjach polskiego (jestem na nauczycielstwie, jakby ktoś nie wiedział), na którym omawiało się ten tekst, i uczniowie totalnie tego nie rozumieją. Ja to męczyłam w II klasie szkoły średniej. Niektórych tekstów w ogóle nie znam, jak to Ziele... nieszczęsne. Fredrę lubimy, Kochanowski jest prosty i przyjemny (i ważny dla naszej literatury), nad Żeromskim bym się zastanowiła.

Szkoła średnia. Z najstarszych tekstów polskich we fragmentach: Bogurodzica, Lament świętokrzyski, Legenda o św. Aleksym, Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią. Fragmenty z Galla Anonima, znowuż Kochanowski, trochę Piotra Skargi, Paska i Krasickiego (w tym Hymn do miłości kochanej ojczyzny of kors). Sielanki Karpińskiego. Mickiewicz po raz trzeci (praktycznie sama literatura o zabarwieniu patriotycznym), trochę mniej Słowackiego, Nie-Boska komedia i wiersze Norwida. Lalka, Gloria victis i Potop. Wiersze Asnyka, Kasprowicza, Tetmajera i Staffa. Wesele, Chłopi, jeszcze więcej Żeromskiego. Ferdydurke. Wybrane wiersze Leśmiana, Tuwima, Lechonia, Jasnorzewskiej, Iłłakowiczówny, Przybosia, Czechowicza, Baczyńskiego, Gajcy. Borowski, Grudziński i Krall. Wybrane wiersze (w tym z emigracji bądź podanych tomów): Baliński, Wierzyński, Miłosz, Różewicz, Białoszewski, Rymkiewicz, Szymborska, Herbert, Poświatowska, Barańczak, Świetlicki, Polkowski, Wencel. Droga donikąd. Tango. Opowiadania Nowakowskiego. Katedra Dukaja. Madame Libery. Miejsce Stasiuka. Profesor Andrews w Warszawie Tokarczuk. Podróże z Herodotem Kapuścińskiego. I coś, co mnie rozwaliło: powojenna piosenka literacka (w tym Demarczyk, Kaczmarski, Młynarski, Osiecka, Kabaret Starszych Panów). 

Tutaj się dużo podziało... Oczywiście w liceum zaczyna się podział tekstów ze względu na epoki - zaczynamy starociami i kończymy na literaturze współczesnej. W praktyce oznacza to tyle, że teksty nowsze omawia się po macoszemu, bo nie ma na nie czasu, a na karku już czuć przykry oddech matury. Startujemy tekstami, które my ledwo ogarnialiśmy na studiach - do wywalenia (Bogurodzicę można puścić, bo to w końcu dawny hymn, warto znać). Duży nacisk na romantyzm i to znane nam gadanie o cierpieniu, ucisku i prawdziwych Polakach. Za dużo Żeromskiego, Potop do likwidacji (lubię Sienkiewicza, a to cholerstwo męczyłam rok). Czemu nie ma w ogóle Konopnickiej i Nałłkowskiej?! Gdzie Schulz?! Co z Hłaskiem, człowiekiem-legendą? Dlaczego zamiast nich mamy tyle zbędności... I po raz kolejny - co z literaturą najnowszą?! Dobrze, że wskoczyła Tokarczuk, plusik za Dukaja i innych autorów współczesnych. Ale poza nimi są też inni warci uwagi pisarze, są teksty napisane po 2000 roku. Wciąż o nich za cicho... 

Wnioski zbiorcze? Dużą uwagę w szkolnictwie zwraca się na historię literatury. Jest bardzo dużo tekstów o zabarwieniu patriotycznym, które oczywiście nie są złe, a nawet bardzo ważne, ale ten nacisk na Sienkiewicza (i powtarzanie w kółko, że pokrzepienie serc...) i milion tekstów Mickiewicza jest męczący. I te ciągłe konteksty historyczne..! Romantyzm oczywiście jest epoką w naszej literaturze wyjątkową, bo po raz pierwszy polscy autorzy wyróżnili się na tle Europy, zdobyli uznanie i pogłos. Nie zmienia to jednak faktu, że uczeń się tym męczy. Słyszy ciągle, że ma kochać Polskę i za nią cierpieć, jeśli będzie taka potrzeba. Kanon lektur buduje nam obraz wielkich herosów i moralizatorstwa. Że kiedyś to było, a teraz to nie ma. 

Czemu w lekturach obowiązkowych brakuje Lema, najczęściej tłumaczonego polskiego pisarza (łączny nakład ponad 30 milionów egzemplarzy)? Czemu jest tylko jeden tekst Tokarczuk? Czemu nie mówi się o poetach wyklętych, choćby Wojaczku? Czemu nie mówi się, jak wygląda polska kultura i literatura współcześnie? Gdzie nagradzani polscy autorzy? Czemu niby Kochanowski, Żeromski i Norwid mają być dla nas ważniejsi od Myśliwskiego, Masłowskiej, Tulli czy Twardocha? Współcześnie działa wielu poetów, więcej - młodzi siedzą w muzyce, czemu więc nie komentuje się tekstów Podsiadły, Korteza czy Starego Dobrego Małżeństwa? Polska to tu i teraz. Patriotyzm to nie tylko zainteresowanie historią - ale też duma z naszej kultury. Zwłaszcza tej współczesnej. 

(Oczywiście jest w kanonie lektur pewien wytrych - nauczyciel może samodzielnie wybierać teksty dodatkowe dla uczniów. Podstawa programowa nie jest więc niszczącymi wszelką nadzieję pętami, zresztą jest w niej wiele wartościowych, dobrych rzeczy. Ale nie o tym dzisiaj.)

Przykre jest dla mnie to, że osoby raczej niezainteresowane literaturą nie mają w szkole szansy poznać choćby w zarysie geniuszu współczesnych pisarzy. Tyle dobra dzieje się w polskiej kulturze i literaturze! Tyle wspaniałych tekstów i autorów! Trzeba o nich mówić i się nimi dzielić, bo, obok Mickiewicza i Sienkiewicza, mogą być oni naszą dumą narodową. Cieszmy się z sukcesów polskich pisarzy współczesnych, mówmy z dumą o Tokarczuk. Polska literatura nie zatrzymała się na PRL-u, a tak niestety wielu uczniów może pomyśleć, wpatrując się ze znużeniem w ciąg nie zawsze zrozumiałych, podstarzałych strof, które może niosą jakieś uniwersalne prawdy, ale trzeba je siłą z tych tekstów wyduszać. 

Czy uważam się za patriotkę? Jak najbardziej! Czytam dużo polskich autorów. Interesuję się polską kulturą. Kocham posługiwać się językiem polskim, z tymi szeleszczącymi głoskami i często trudną do wymówienia zbitką spółgłosek, uwielbiam nasze "ę" i "ą". Jak uciekam, to najchętniej w polskie góry. Na 11 listopada wywieszam polską flagę, bo czuję się Polką. Czuję przywiązanie z do rodzimego Sosnowca i do ludzi, którzy łapią te same memy, trzymają śmietnik pod zlewem, robią zakupy w Biedronce i trochę narzekają dla towarzystwa. Lubię to, że jesteśmy jacyś i że nasze zwyczaje i sposób bycia jest inny, niż gdzie indziej. Nie muszę zachwycać się husarami, Panem Tadeuszem i kulturą sarmacką, żeby kochać Polskę, taką, jaka jest, trochę śmieszną i na pewno niedoskonałą, nawet pomimo wszystkich podziałów i konfliktów, z taką i inną władzą. I wierzę, że każdy z nas ma jakąś tam polską cząstkę w serduszku, którą lubi. 

Nieco górnolotnie, ale z duszą, pisała dla Państwa narodowa i lokalna patriotka, zaczytana w polskiej prozie najnowszej, zakochana w polskim języku i nigdy nie lubiąca uczyć się historii, zwłaszcza bitew. 

12 października

Minirecenzje #3 Sierpień-wrzesień. Literatura europejska, Dom z papieru i The Umbrella Academy

Minirecenzje #3 Sierpień-wrzesień. Literatura europejska, <i>Dom z papieru</i> i <i>The Umbrella Academy</i>

Sierpień za mną. Wrzesień za mną. Wraz ze słońcem i czasem niebeztroskiej nudy żegnam góry, morze, godziny spędzone tu i tam, z ludźmi takimi i owymi. Bez żalu, bo niechże w końcu zacznie się coś dziać! Tęskno mi za studiami, zajęciami, obowiązkami, dniami spuchniętymi do granic, które kończyły się bólem stóp i szybkim snem. Choć jestem człowiekiem raczej ceniącym sobie relaks, mam go już po dziurki. O. Chcę znów mieć się czym stresować i za czym latać. 

Tak jak w lipcu dopadł mnie szał na czytanie, tak w sierpniu i wrześniu raczej wciągnęły mnie filmy i filmiki (mniej seriale). Coś tam się jednak niegrubego czytało. Jako że znów na Balladach mnie niedużo i recenzji (ani w ogóle niczego, ostatnio jadę na podsumowaniach) się nie pisało, dziś w skrócie o tych przeczytanych książkach. I dwóch obejrzanych serialach. 


Rzeczy Georgesa Pereca
Ta cieniutka książeczka zrobiła na mnie nijakie wrażenie. Nie jest to powieść, raczej historia opowiedziana jak esej, szkic na temat społeczeństwa francuskiego w latach 60... Młode małżeństwo poszukuje szczęścia w gustownym stylu życia. Do ich ulubionych rozrywek należy chadzanie do kina, przyglądanie się paryskim wystawom sklepowym i rozmowy na kulturalne tematy w kawiarniach z grupą przyjaciół. Wszystko wystudiowane i szykowne. Ich skromny dom pozostaje jednak zbyt ciasny, za mało świetlisty. Piękno, rzeczy, podróże - czy właśnie to daje życiowe spełnienie? Książka przegadana, choć temat ważny.

Średni współczynnik szczęścia Davida Machado 
Odsyłam do recenzji na blogu! Jedynej, którą napisałam przez te dwa miesiące... 

Kroniki ukrytej prawdy Pere'a Caldersa 
Przewspaniały zbiór opowiadań, całkowicie w moim guście! To, co nierealne, paranormalne, dziwne, łączy się tu z codziennym, zwyczajnym, zabawnym. Ciekawe pomysły, niesamowita wyobraźnia, uśmiech na twarzy - polecam! Zwłaszcza pierwsza część - Pewność przez zaskoczenie - totalnie mnie zauroczyła. Coraz bardziej lubię tę latynoską magiczność, nietypowe historie - może moja literacka dusza jest Hiszpanką? 
W pewnym wieku wszyscy ludzie mają za sobą jakieś doświadczenia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi i kiedy nadarza się okazja, chętnie o tym opowiadają. 
Drobiazg. Miłość w czasach genetyki Markéty Baňkovej 
Spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego! Myślałam, że będzie to powieść z pogranicza sci-fi, z domieszką magiczności, dziwności, a dostałam książkę o naukowcu, który, patrząc na świat, widzi geny i to, jak one nami kierują. Będąc dzieckiem adoptowanym, rozważa też, jaką rolę w naszym życiu pełnią biologiczni rodzice. Zakochuje się i wie, że wszystkiemu winna jest biologia, parcie jego genów na dalszą podróż. Uwielbiam wątek szczurów. Ciekawa książka, świetnie napisana, choć nie wywołała we mnie większych wrażeń - może potrzeba by mi drugiego, wnikliwszego czytania? 

Żywopłoty Marii Karpińskiej 
Ta książka była tak nijaka... Nie pamiętam z niej praktycznie nic. Co prawda nie jest to źle napisane, ale jakby o niczym. Nie potrafię nic więcej o niej powiedzieć. 


Czereśnie będą dziczeć Marioli Kruszewskiej
Pierwsze dwie strony tej książki mnie odrzuciły i zirytowały na tyle, że wróciłam do lektury miesiąc później. Kruszewska, poetka, tutaj próbuje się z prozą. Narracja jednak ocieka poetyzmem, epitetami, które na początku nie współgrały mi z wiejską, wschodnią gwarą. Potem się wkręciłam. Czereśnie będą dziczeć są pięknie rozplanowane, przeplatają się w nich losy różnych ludzi, Polaków, Ukraińców i Niemców. Choć wojna się skończyła, trwają przesiedlenia, cierpienie, niepewność, traumy. Niektóre historie rzeczywiście chwyciły mnie za serce, choć nie ma tu niczego nowego, same znane wątki, chwyty, typy ludzkie. Dobra książka, ale nierewolucyjna (czy rewelacyjna).

Portret kobiety w opowiadaniach dziesięciu hiszpańskich autorek
Nadzieje i oczekiwania miałam spore, ale żadne z opowiadań nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Przykro mi te słowa tak w kółko w tym poście powtarzać. Nie zrobiło wrażenia, przeciętne, dobre, ale niemocne, bez szału, nie zrobiły na mnie wrażenia, za mało wrażenia... Ale takie były te dwa czytelnicze miesiące - dobre, ale bez efektu wow. Wracając do Portretu kobiety: wtórne wątki i kobiety przedstawione zawsze w jakimś oparciu o mężczyznę, w jakiejś z nim relacji. Oczekiwałam szerszego wachlarza kobiecych relacji, emocji, przeżyć, nie tylko tych związanych z mężczyznami. Przykro mi to mówić, ale największe wrażenie zrobiła na mnie końcowa nota od tłumaczki. Chyba forma zbiorów opowiadań od przeróżnych autorów/autorek do mnie nie przemawia. Choć opowiadania i krótkie formy lubię.

Niewidzialne kobiety Caroline Criado Perez 
Na temat tej książki i przemyśleń z nią związanych planuję jeszcze napisać (choć z tymi moimi planami różnie bywa), ale ogółem - to na pewno ważna książka. Może nie na tyle, abym kazała czytać ją każdemu, ale ważna. Porusza tematy drobnych i większych wykluczeń, których ofiarami są kobiety. Pokazuje, co dzieje się, gdy w projektowaniu naszej rzeczywistości nie weźmiemy pod uwagę kobiecej perspektywy i kobiecych potrzeb. I że równość płciowa nie oznacza, że próbujemy równać kobiety do męskiego poziomu, oczekiwać od nich tego samego, kroić nas pod męski wzór. Jesteśmy inne, ale w żadnym razie nie gorsze. Niby oczywiste, ale w praktyce różnie bywa.

Piękna młoda żona Tommy'ego Wieringi 
Tę książkę kupiłam na ArtRage w takim Pauzowym, ebookowym rzucie. Polecam Wam tę stronę bardzo gorąco, warto zapisać się na newsletter i obserwować, czy nie pojawiają się przypadkiem pakiety jakichś interesujących Was książek (ja już skorzystałam z trzech akcji, teraz np. można kupić pakiet Krótkiej formy, a tam m.in. opowiadania od Książkowych Klimatów). Nie będę szerzej tłumaczyć co i jak, zajrzyjcie na stronę! 
Piękna młoda żona, przeczytana ciągiem w kilka godzin, była dokładnie taką prozą, jakiej akurat potrzebowałam. Mocna, trochę kłująca, szorstka, hipnotyzująca, bez wyraźnie zarysowanej myśli przewodniej, bez morałów. Bardzo polecam, jeśli przypadkiem właśnie czegoś takiego szukacie. 

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej 
Słyszałam tak dużo dobrego o tej książce i tak wiele osób mi ją polecała (zwłaszcza po lekturze Po trochu Gogoli, która była niesamowita), że już przed czytaniem byłam pewna swojego zachwytu. A tu niestety... Po raz kolejny pięknie napisana, przemyślana opowieść, po której jedynie wzruszam ramionami, myśląc sobie: "No, może być". Nie jest to problem samej książki, która obiektywnie jest prześwietna, ale tylko i wyłącznie moich oczekiwań, gustów, trochę niespełnionych zapałów. Bardzo podobała mi się forma krótkich rozdziałów, pourywanych w punktach kulminacyjnych, jakby niedokończonych. Podobała mi się autentyczność, opisy codzienności dziewczynki żyjącej na wsi za komuny, jej dojrzewania. Naturalne dialogi. Wszystko "pykło" - tylko gdzieś w sercu i umyśle nie zaiskrzyło, nic nie poradzę, życie. Może gdybym dzieliła z autorką jej przeżycia, tę wieś, te guguły, Teleranek i beboki... 

Podsumowując - pierwsze miejsce w moim sercu z tych książek zajmują zdecydowanie Kroniki ukrytej prawdy, na końcu zaś plasują się Żywopłoty. Poza tą ostatnią wszystkie książki mogę z czystym sumieniem Wam polecić - nawet jeśli nie ma w nich oczekiwanej przeze mnie genialności. 


The Umbrella Academy sezon I i II (2019-20)
Ostatnio mocno wycofałam się z seriali (raczej z nieumiejętności znalezienie dla siebie niczego ciekawego - jeśli macie jakieś polecajki, chętnie przyjmę!) i przez dwa miesiące obejrzałam dwa. The Umbrella Academy... Hmm... Nie zachwyciło mnie. Strasznie to infantylne, nielogiczne w irytujący sposób, bohaterowie nie umieją w ogóle w komunikację i tylko przez to dzieją się wokół złe rzeczy... I główni bohaterowie są tak denerwujący! Zwłaszcza Diego i Luther, porażka. Na trzecim miejscu Vanya. I to będzie niemiłe, ale oni są tak głupi... Tak strasznie głupi i nieżyciowi... Dlaczego więc obejrzałam drugi sezon? Dwa powody. Po prostu cholernie wciąga. I Pięć. Gdybym była kilka lat młodsza, to powiesiłabym sobie jego plakat na ścianie i wzdychała. Jest to bohater przerysowany i typowy, owszem, ale ma tyle uroku i przyciągania w twarzy! 

Dom z papieru sezony I-IV (2017-20)
Długo się ociągałam z oglądaniem, ale w końcu wsiąkłam razem z siostrą. I sezon - sztos! Ciekawi bohaterowie, do których się przywiązuje, przemyślana fabuła, fajne pomysły, emocje. II sezon - spoko. III i IV - nooo, niech będzie... Będę oglądać dalej, choć dwa ostatnie sezony już obejrzałam z niskim zainteresowaniem. Liczę na jakąś poprawę. 

To tyle! Chętnie przyjmę jakieś Wasze lekturowe, filmowe i serialowe polecenia! 

12 września

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

Wiara a kultura. Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Czy może mi się podobać coś, z czym się nie zgadzam?

To jest wpis dla tych wszystkich, którzy choćby raz głęboko nie zgodzili się z jakąś treścią w książce czy filmie, reagując na nią wykrzywieniem twarzy. I tych, którzy uważają się za obiektywnych i stojących ponad własnymi przekonaniami. I dla osób, które czasem obawiają się, że dzieła kultury są w stanie ludzi w jakiś sposób "psuć", "deprawować", uczyć niewłaściwych postaw i wartości. I między innymi dla chrześcijan zastanawiających się może niekiedy, jak reagować na treści niezgodne z naszą wiarą - a więc czy walory artystyczne (bądź tylko rozrywkowe) dzieła są ważniejsze od morału i przesłania, jakie ze sobą niesie. 

Powinniśmy tego Harry'ego umieścić w dziale ksiąg zakazanych? Katolik czyta tylko KKK i biografie papieży? Czy są książki moralnie dobre i złe? Odcinać się w kontakcie z kulturą od naszych przekonać czy się oburzać za każdym razem, gdy kolejna zakonnica w filmie jest wredną, pomarszczoną okrutnicą? Można bezwstydnie patrzeć na co gorętsze sceny łóżkowe na ekranie czy raczej potulnie odwracać wzrok? Jest lista książek, która nie może mi się podobać, bo autorzy byli zagorzałymi ateistami i prowokatorami? Czy każdy utwór to nośnik idei, czasem "niebezpiecznej" bądź "nieodpowiedniej"? Artysta musi zabierać głos, wciskać wszędzie swoje przekonania, czy nie?

Pogadajmy o tym. 

Dawno, dawno temu, w latach marzenkowego dziecięctwa literackiego, mierzwiły mnie w czytanych książkach i oglądanych filmach wszelkie treści "nacechowane wywrotowo". Daję konkrety. Przedstawianie młodocianych rewolucjonistów, którzy mordują w ramach zemsty, jako bohaterów pozytywnych. Popieranie eutanazji, ponoć jedynej słusznej drogi w cierpieniu. Porzucanie żon i mężów dla innej miłostki i mówienie, że podążanie za takimi "czuciami" jest zawsze słuszne i godne pochwały. Nie chcę wdawać się tu w dyskusje etyczne, bo nie o to chodzi. Mówię tylko, że mnie przy odbiorze takich tekstów robiło się źle i przykro. Nawet kiedy taki tekst mi się ogólnie podobał, ale pojawiały się w nim niezgodne z moim światopoglądem i moją wiarą treści, nie potrafiłam myśleć o nim jako wartościowym i dobrym, na ogół go skreślałam. 

Nie łudźmy się jednak, że sztuka zgodna z moralnością chrześcijańską jest nurtem we współczesnym świecie wiodącym. Zagłębiając się w literaturę i film, chcąc nie chcąc, poznawałam różne spojrzenia, idee, postawy i przekonania. Obok utworów stosunkowo neutralnych (bądź nienachalnych) światopoglądowo, istnieje wiele takich, z których treścią moralno-etyczną po prostu się nie zgadzam. I co teraz? Mam zamknąć się w swojej bańce, poznawać takie dzieła, które będą utwierdzać mnie w moich poglądach i odrzucać wszystko, co mogłoby mnie "podrażnić"? W których wszyscy bohaterowie są szlachetni i dobro zawsze zwycięża? No nie. 

Jestem przekonana, że postawa "poznaję tylko to, z czym się zgadzam" jest wręcz szkodliwa. Wiecie dlaczego? Bo uczy pogardy. Skoro wszyscy, których czytam i oglądam, myślą jak ja, to "ci inni" mówiący inaczej, gadają bzdury i nie warto im poświęcać uwagi. Wierzę, że budując własny system wartości (używając utartego sformułowania), powinniśmy przyjmować różne punkty widzenia, by później świadomie wybierać to, co dobre, równocześnie rozumiejąc, że można myśleć inaczej (wierzę też, że można się mylić. I że są ludzie, którzy się mylą. Sama na pewno w wielu kwestiach się mylę. Cytując Miłosza, „istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch różnych twierdzeń jedno jest prawdziwe”. Myślę, że kwestii etycznych to również dotyczy, a więc nie wszyscy mają rację, ale nie zagłębiajmy się w to. Grono mędrszych ode mnie filozofów o tym rozmyślało). 

Z wiekiem polubiłam polemizować w swojej głowie z autorami. Uczucie rozdrażnienia staje obok i tylko z rzadka przyłącza się do tych dyskusji. Lubię, gdy autor mąci mi mózg, a ja staram się w obliczu przedstawionej mi przez niego treści, postawić własne wnioski, stworzyć swoje stanowisko. Są też takie momenty, kiedy godzę się z tym, że nie mam zdania (myślę, że to całkiem zdrowo czasem po prostu nie mieć zdania. I milczeć). Staram się nie denerwować się i nie zaniżać swoich ocen przez niezgodność poglądów. Jasne, że nie zawsze jest to proste. 

Wracając do clou moich rozważań, bo rozmyły się nieco przez tę moralizatorską i chyba nieco niepotrzebną gadkę... Co wolno czytać i oglądać katolikowi? Wszystko. Kochani chrześcijanie, mamy mózgi. Czytajmy Biblię i Harry'ego Pottera. To, że coś przeczytam, nie znaczy, że wezmę to za pewnik i świętość. Wierzę w Ewangelię i potrafię zauważyć negatywne wzorce płynące choćby z tego Harry'ego. I to, że one tam są, nie znaczy, że mamy te książki spalić. Mamy mózgi. Mamy sumienia. Korzystajmy z nich, a nie zakazujmy (bo to nie działa). Jak jednak pisze św. Paweł (u mnie Biblia Pierwszego Kościoła): 

„Wszystko mi wolno” - ale nie wszystko jest stosowne. „Wszystko mi wolno” - lecz ja nie dam się zniewolić przez cokolwiek.

Czy są książki i filmy, które mogą nam zaszkodzić, "zniewolić" nas? O sztuce moralnie "dobrej" i "złej" również wielu filozofów i pisarzy rozprawiało. Jedni mówili: są lektury szkodliwe, których czytać się nie powinno. I nie mówili tego bezpodstawnie, żeby tylko przytoczyć wpływ Cierpień młodego Wertera na niemieckich preromantyków, popełniających samobójstwa jak ich bohater-idol. Wokulskiemu też na dobre nie wyszło wczytywanie się w romantyków, tworzących wyidealizowany, święty obraz kobiet do uwielbiania i adorowania. Nam też pewnie wiele treści z filmów i książek podświadomie umościło się w umysłach. To jednak, że istnieje jakieś niebezpieczeństwo wchłonięcia negatywnych postaw ze sztuki, nie powinno nas ograniczać w doborze lektur i filmów. Równie dobrze, aby być w pełni "bezpiecznymi", powinniśmy odciąć się od świata zewnętrznego, internetu i telewizji. Zakazy i cenzura w niczym nie pomogą. Bo kto miałby być cenzorem? Kto jest najbardziej "prawomyślny"? I ponownie - czemu mielibyśmy tworzyć wokół siebie informacyjną bańkę, do której docierają tylko treści zgodne z naszymi poglądami? 

Wzywam do namysłu. Oglądamy - rozmyślamy. Czytamy - zastanawiamy się. Mamy wątpliwości - pytamy. Jako chrześcijanie w razie moralnych wątpliwości możemy sięgnąć po Pismo Święte, KKK czy podyskutować z kimś, kogo uważamy za autorytet (byle nie przyjmować niczego na ślepo!). Bo w zetknięciu z popkulturą może rodzić się w nas zagubienie. Jeden mówi tak, drugi tak, oboje wydają się rozsądni... Co myśleć? Czemu wierzyć? Jak reagować? Czasem wystarcza "nie wiem". A czasem potrzeba czasu, by jakieś treści ułożyły się w głowie. 

Co do tematu "nieskromnych" obrazów... Nic co ludzkie, nie jest mi obce. Ludzie uprawiają seks. Nie widzę w tym powodu do zawstydzenia. Jedna scena łóżkowa na filmie, w dodatku taka, na której nic nie widać, nie sprawi, że staniemy się rozpustnikami, gwałcicielami czy kim tam jeszcze. Naprawdę nie trzeba odwracać wzroku. Ani pomijać stron w książce. Takie życie. (Oczywiście to nie dotyczy pornografii i literatury erotycznej. Jeśli miałabym jednak wskazać treści, które rzeczywiście warto pomijać - to te. Rozumiem sięgnąć sobie z ciekawości po Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ale chyba nie muszę tłumaczyć, że sięganie po takie treści po to, żeby zapewnić sobie podniet i emocji, często masowo, nie jest już czymś, co uważam za dobre. Z punktu widzenia chrześcijanki i osoby, która słyszała o koszmarze osób uzależnionych od masturbacji. Mówię o tym w nawiasie, bo o tym też nie chciałabym dyskutować. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób się tutaj ze mną nie zgadza). 

Czy może mi się w końcu podobać coś, z czym się nie zgadzam? Albo autorstwa osoby, która ma inne poglądy, na przykład bardziej ode mnie lewicujące? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza, jeśli są to autorzy inteligentni i wrażliwi, nie rzucający w czytelnika (czy widza) ideologiczną sieczką (bo to nigdy nie jest fajne, po żadnej ze stron, nawet jeśli ktoś ma dobre intencje. Spróbujcie sobie obejrzeć jakiś kiczowaty film chrześcijański, np. Cuda z nieba). Wspaniałe Ursula Le Guin czy Olga Tokarczuk, które przepięknie potrafią wplatać w prozę swoje myśli i fascynacje, a z którymi zapewne nie we wszystkim się zgadzam, choć szanuję. Genialna Lolita, której zarzucano propagowanie pedofilii i która szokująco przedstawia świat oczami obrzydliwego człowieka, ale jest przy tym pięknie napisana. Ciemności kryją ziemię Andrzejewskiego - wstrząsająca lektura w negatywnym świetle ukazująca Kościół i duchownych w czasach hiszpańskiej inkwizycji, ale dogłębnie poruszająca (przy okazji bardzo bardzo polecam też Bramy raju). Pożegnanie jesieni Witkacego, gdzie panuje ogólne rozwiązanie obyczajów i zasada "rób, co chcesz", ale przy tym książka, która zachwyca absurdem, świeżością i kreacją bohaterów. Szalenie piękne Słońce życia, choć kobiety są tu potraktowane dość przedmiotowo. Z filmów czy seriali - wszystko o "dobrych" złodziejach, którym życzy się udanego napadu i świetnie się przy tym bawi. Długo mogłabym tak wymieniać. 

Jedyne, na co się w filmach i książkach denerwuję, to właśnie wciskanie mi na siłę własnych poglądów. To nie jest tak, że artysta MUSI koniecznie wyrazić w dziele wszystkie swoje myśli, zwłaszcza, jeśli są kontrowersyjne albo czuje konieczność "uświadamiania" ludzi. Takich dziełek często się nie da przetrawić. Nie cierpię, naprawdę nie cierpię moralizowania, łopatologicznych przemów i traktowanie odbiorcy jak idioty, któremu trzeba do głowy wbijać na siłę jakieś treści. Pozwólmy innym myśleć. I nie obrażajmy "tych drugich", nie zniechęcajmy do nich publiki. Tworzenie kolejnej postaci chytrego księdza, surowej zakonnicy, naiwnego katolika bojącego się piekła, ale także wrednej, brzydkiej feministki czy tchórzliwego Żyda zdrajcy - być może nie jest w porządku. Jak pisać - to wrażliwie. Jak filmować - to z empatią. Jak najmniej uprzedzeń i stereotypów. Można odrzucać jakiś pogląd czy zachowanie, ale nie warto pogardzać człowiekiem. Taka łzawa odezwa na koniec. 

Podsumowując: katolik i każdy inny człowiek może oglądać i czytać, co mu się podoba, ale warto pewne treści analizować. I zadawać sobie pytanie: po co? Bo wszystko wolno, ale nie wszystko warto. Na przykład warto poznawać inne punkty widzenia. Ale może nie warto maniakalnie oglądać niektóre uwłaczające kobiecej godności romanse czy krwawe filmy akcji typu Rambo (aby nie utrwalać w sobie krzywdzących stereotypów). Do osobistego rozeznania, bo nikt Ci nie powie, co trzeba czytać i oglądać, a co Ci zaszkodzi. Nie ma też co linczować dzieła, z którym nie zgadzamy się ideowo - chyba że próbuje agresywnie i stereotypowo przekazać nam pewne treści albo jest po prostu słabe artystycznie (bo jak ładnie Oskar Wilde napisał: „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle” - można polemizować, ale coś w tym jest. To odbiorca piętnuje tekst jako odpowiedni lub nie. Sam tekst jest tylko nośnikiem treści, historii, sam w sobie nie szkodzi. Dopiero jego oddziaływanie może być pozytywne lub negatywne, w zależności od tego, na jaki grunt padnie). 

Cały post odnosi się oczywiście do osób dorosłych - dzieci i młodzież, jako jednostki dopiero kształtujące się i chłonące wszelkie treści (często jako obiektywne, bezdyskusyjne prawdy), nie mogą oglądać i czytać, co im się podoba. A przynajmniej nie powinny. 

Copyright © Ballady bezludne , Blogger